poniedziałek, 13 maja 2013

2.'... Powietrze było lekko przesiąknięte nocą'








Słońce leniwie wznosiło się nad dachami budynków. Miasto powoli pustoszało, ostatni amatorzy nocnych wyjść wracali już do domów. Po wąskich równoległych uliczkach niósł się śpiew. Brzmiał jak idealna mieszanka beztroski i szkockiej. Na jednej z ławek leżała para. Owinięci kocem spali w swoich ramionach. Mimo, że z ich ust wydobywała się para, miarowość oddechów wskazywała na spokój i poczucie bezpieczeństwa. Na bezgraniczne zaufanie. W oczach każdego przechodnia z łatwością można było zobaczyć tysiące świateł tego uzależniającego miejsca. Każdy z nich tu należał. Tak działał Nowy Orlean.
Klaus uwielbiał tę porę dnia. Powietrze było lekko przesiąknięte nocą. Wiatr niósł tysiące historii, które ulatniały się subtelnie odchodząc do przeszłości. Szedł bardzo powoli chcąc całym sobą chłonąć każdy najmniejszy szczegół otoczenia. Czuł, że nie zabawi tu już zbyt długo. Marcel powoli zmieniał ten raj na ziemi  w swoją własność, zabawkę.O ile prześladowania czarownic nie wzbudzały złości pierwotnego, zuchwałość kompana była nie do przejścia. Jego nieudolne wołania o władzę i uznanie, z każdą chwilą coraz bardziej niszczyły smak miasta. Klaus nie potrafił określić, kiedy w głowie tego osieroconego zdrajcy zrodziły się takie pobudki. Dał mu to wszystko. Dał mu nowe życie. Można by to uznać za słabość, skazę na jego wszechmocnym obliczu. Ale zrobił to. Pamiętał to bardzo dokładnie. Jakby zdarzyło się wczoraj.
Pojedynczy nerw lekko drgnął na jego twarzy. Byli tu. Znów ich przysłał. "Kumple" Marcela. W rzeczywistości każdy z nich dobrze wiedział, że nie jest niczym więcej jak tylko sługą. Zabawką w jego rękach. Było to jednak dla nich bardzo wygodne. Nikt nie musiał martwić o swoje bezpieczeństwo, o popadnięcie w niełaskę władcy. Tak długo jak utrzymywali tę ułudę braterstwa, każdy był bezpieczny. 
Szli kilkadziesiąt metrów za nim. W milczeniu. Skręcił w wyjątkowo wąską boczną uliczkę. Była zacieniona, prowadziła do jednej z głównych ulic miasta. Tak jak przypuszczał, posuwali się krok w krok za nim. Uszedł jeszcze kawałek, po czym gwałtownie się zatrzymał. Powoli odwrócił się  i ujrzał ich zdezorientowane twarze. Śmieszyło go to zdziwienie. Marcel tak głęboko zakorzenił w nich poczucie, że są niezwyciężeni. Może wobec czarownic byli. Ale który z nich byłby w stanie dać radę pierwotnej hybrydzie ?
- Doprawdy panowie... jak wam nie wstyd? Szpiegowanie gości nie należy chyba do najlepszych sposobów okazania zainteresowania, czyż nie ? 
Milczeli. Klaus zaśmiał się teatralnie. Nawet nie zauważyli kiedy znalazł się tuż za nimi. Jednym ruchem wyrwał serce wysokiemu brunetowi, którego Marcel już kilkakrotnie wysyłał jako szpiega. Następnie z szerokim uśmiechem wręczył ciepły jeszcze narząd jednemu z towarzyszy, nie żyjącego już wampira. W ich oczach malowało się przerażenie pomieszane z ogromnym zdumieniem.
- Przekażcie to proszę Marcelowi. Myśl, że może się ze mną mierzyć jest czystą naiwnością. A naiwność ma swoją cenę.


***


Caroline siedziała na schodkach prowadzących na taras, opierając się o filar domu. Czuła jak powoli jej już zmarzłe ręce drętwieją pod wpływem wieczornego chłodu. Nogi za to opatuliła rękoma i siedziała, czekając. Czekając na coś, co przynosiła wieczorna mgła. Czuła napięcie nocy. Przedzierała się przez wieczór, chcąc pokazać jak bardzo jest straszna, mroczna. Chcąc pokazać ile pod jej osłoną zabito ludzi. Silna. Niezwyciężona. Wieczna.
Dzięki temu całemu klimatowi, blondynka nie potrafiła jasno myśleć. Każda myśl pojawiająca  się, zakłócała poprzednie, zaburzając przy tym wszystkie myśli robiąc z tego wielki chaos. Była jak wielka burzowa chmura. Myśli stawały się grzmotami. Tak bardzo ją to męczyło.
Wstała i ruszyła w ciemność po cichu, by żaden wampir jej nie usłyszał. Nie potrzebowała towarzystwa. Wystarczająco miała już dosyć samej siebie. I Klausa. Klausa, który musiał wszystko popsuć. Klausa, który nie znał dnia ani godziny. Klausa, który nigdy nie opuszczał jej głowy. Nie wiedziała co myśleć. Nagrana wiadomość nagle zmieniła wszystko. Nie czuła żadnej radości, która przed chwilą gościła w jej sercu. Czuła tylko pustkę. Pustkę, która rozsiewała się powoli po całym umyśle. Słyszała ciągle tą jedną i samą nagraną wiadomość. Słyszała Klausa. Jej przyjaciela. Tak bardzo oddalonego , lecz tak bardzo bliskiego jej sercu. Rozrywał je, chcąc znaleźć się w środku.
Wampirzyca prychnęła i kopnęła wielki kamień, który upadł głośno kilkanaście metrów dalej. Robiło się coraz zimniej, ale nie zważała na to. Chciała trzymać się jedynie z dala od ciekawskich spojrzeń przyjaciół, którzy tylko czekali aż wróci i powie, kto nagrał się na jej pocztę. Niestety, ale w tej sytuacji byli na ostatnim miejscu. Klaus zaburzył wszystko. Stał się centrum tych wszystkich pobocznych myśli. Taki był jego plan i udało mu się jak zwykle. Bez dwóch zdań.
Starała się odrzucić Klausa daleko, by już nie zaprzątał jej myśli. Gdy była już ku zwycięstwu, wracał. Wracał jego głos, miękki , dający ukojenie. Wracał sam obraz jego postury. Piękne niebieskie oczy jak ocean, które pochłonąłby całą twą duszę. Silne ramiona, w które dałyby bezpieczeństwo. Uśmiech dający radość i ciepło, które rozchodziłoby się po całej duszy. Tonęła i szukała ratunku.
Stanęła po chwili w środku lasu, a myśli same ulotniły się wraz z powiewem wiatru. Cisza, która była gdzieś daleko, nagle zastąpiła chaos w głowie Caroline. Mogła oddychać. Odetchnęła świeżym, leśnym powietrzem i w końcu mogła zadać sobie pytanie. Pytanie, które cisnęło się od samego początku.
Co ma teraz zrobić?


***

Było późne popołudnie. Klaus stał przed jednym z najbardziej obleganych lokali w całym Nowym Orleanie. Dobrze wiedział, że zastanie tam Marcela. Mimo ich napiętych relacji, potraktował wysłanie szpiegów za zaproszenie. Nie był by sobą, gdyby się tu nie zjawił. Pewnym krokiem i z lekko szyderczym uśmiechem wkroczył do środka. Kilka wampirów widząc go, natychmiast opuściło budynek. Dodało mu to potężnej dawki pewności siebie.Nadal siał postrach. 
 Od razu udał się do ciemnego i dusznego gabinetu, w którym zazwyczaj jego "przyjaciel" zaszywał się razem ze swoją świtą. Otworzył drzwi z hukiem i bez żadnych zahamowań, po prostu wszedł do pokoju. Marcel zesztywniał na widok przybysza. Czuł jak napinają mu się mięśnie, krew krążyła coraz szybciej. Mimo to stał i zmusił się do uśmiechu. 
- Klaus ! Co za miła niespodzianka. Siadaj - wskazał na puste miejsce obok siebie. - Napijesz... ?
- Co to za cyrk ?! - warknął Klaus gwałtownie mu przerywając. Z twarzy Marcela zniknął wymuszony uśmiech. Jego spojrzenie było trzeźwe i bezwzględne.
- Rozumiem, że chodzi ci o moich przyjaciół... Cóż, robię to, co muszę.
- My się chyba nie rozumiemy...- Mikaelson w mgnieniu oka znalazł się obok rozmówcy i zbliżył się niebezpiecznie blisko jego twarzy. Marcel chciał się odsunąć, ale tamten o wiele zbyt boleśnie chwycił go za rękę po czym odsłonił zasłony. Czarnoskóry ledwo zdążył zorientować się, że został pozbawiony pierścienia, a już ostatnie promienie słońca dotkliwie paliły jego ciało. Zawył z bólu, po czym wyrwał się z uścisku oprawcy i schronił na fotelu w kącie pokoju. Jeden z jego towarzyszy wstał, gotowy ruszyć mu na ratunek, ale natychmiast kazał mu zachować spokój. Z twarzy Klausa nie można było wyczytać żadnych emocji. Wziął do ręki długopis leżący na biurku i zaczął się nim bawić. 
- W chowanego możesz się bawić ze swoimi sługami. Dałem ci wszystko. Może już zapomniałeś, ale byłeś nikim. Osieroconym szczurem, który łaknął nawet najmniejszego cienia zainteresowania. Okazałem ci je. Nie tak powinieneś mi odpłacać. Jeśli zapomniałeś, jestem pierwotną hybrydą. Nie jesteś w stanie nawet mnie uszkodzić. Twoja "odwaga" nie jest niczym innym niż głupotą. Możesz za nią naprawdę wiele zapłacić... - powiedział spokojnie, po czym wbił długopis w udo Marcela, wywołując tym kolejny syk pełen bólu.
- Masz rację - wyjąkał próbując wyciągnąć tkwiący w nodze przedmiot. - Wtedy byłem nikim. Osamotniony i słaby... Miałem szczęście, że cię spotkałem. Naprawdę. Ale zgadnij co ? Role się odwróciły - posłał hybrydzie złośliwy uśmiech. - Rozejrzyj się. Nikt nie stoi za twoimi plecami, by cię bronić. Nie masz rodziny. Nie masz przyjaciół. Jesteś zupełnie sam. I to samotność czyni cię słabym. Zachowaj resztki godności i wyjedź z miasta. 
Klaus czuł jak każdy nerw jego ciała drga. Gorąca mieszanka krwi wampira i wilkołaka krążyła po całym jego ciele. Z jego ust wyrwał się głośny nerwowy śmiech. Spojrzał głęboko w oczy swojego dawnego przyjaciela i powiedział cicho : 
- Świetna rada... ale chyba jednak nie skorzystam.
W tej samej sekundzie jego ręka przebiła się przez żebra Marcela, zamknęła serce w żelaznym uścisku i gwałtownie wyrwała je z piersi. Ciało bezwładnie upadło na podłogę.
Rozpętało się piekło. Pozostałe wampiry znajdujące się w pokoju rzuciły się w stronę Klausa chcąc pomścić swego przyjaciela. Pierwotny przestał się kontrolować. Działał instynktownie. Wyrywał serca, kończyny. Rozrywał ciała. Gryzł. Rzucał. Zabijał. Krew broczyła ściany, jego twarz, ręce, ubrania. Znów czuł wszechogarniającą moc. Potęgę i siłę, której nikt nie mógł mu odebrać. Nie potrafił ustalić czy trwało to sekundę czy sto lat. 
Ci bardziej przywiązani do Marcela próbowali stawiać mu opór. Ocalić honor w tym żałosnym i naiwnym akcie. Większość wampirów rozpierzchła się jednak, zdawszy sobie sprawę, że nie mają szans. Że to walka niemożliwa do wygrania. Wielka sala, jeszcze przed chwilą pełna po brzegi, teraz była zupełnie pusta. Muzyka ustała. Wszędzie leżały ciała bez życia, krew zakrywała cały parkiet. Klaus chwycił szklankę pełną bourbona i wypił duszkiem. Czuł się lepiej niż kiedykolwiek. Znów wiedział, że nic nie jest w stanie go powstrzymać. Lekkim krokiem ruszył do wyjścia. 
Nagle poczuł jak jego serce powoli pęka. Poczucie władzy, które przed chwilą czuł tak wyraźnie, zupełnie się ulotniło. Oto stała przed nim jego miłość. Jedyna. Prawdziwa. Caroline. W oczach kryła ogromne przerażenie. Na widok Klausa łzy pociekły po jej policzkach. Była odrętwiała. Nie czuła dosłownie nic. 
- Nic się nie zmieniło.... I nigdy się nie zmieni - wyszeptała cichutko, po czym zniknęła bez śladu.
Zostawiła za sobą Bourbon Street. Ciała umarłych wampirów. I Klausa. Pogrążonego w największej rozpaczy jaką kiedykolwiek czuł.

piątek, 10 maja 2013

1. '...nigdy cisza nie była tak kojąca.'





Wiesz jak to jest  pomagając ukochanej osobie, dostając w zamian cierpienie? Czujesz ten ból? Powoli przenika przez każdy nerw, szukając miejsca, gdzie będzie mógł istnieć i niszczyć powoli już zmarnowaną psychikę. Starasz się kontrolować, lecz cierpienie nie pozwala ci być sobą. Ustawia cię na innych bieg, nie potrafisz odróżnić kim jesteś. Szukasz w zakątku swej duszy chodź gram siebie. Gubisz się. Pochłania cię mrok. Dusza zakleszcza się w cieniu. Twój dawny umysł umiera, zastępuje go nowy.  Właśnie stajesz się inną osobą. Osobą, która potrafi zabić bliską osobę bez żadnego współczucia. I nikt ci w tym nie przeszkodzi.

***

Caroline siedziała przy swojej matce, ścierając ręcznikiem z jej twarzy zaschniętą krew. Pojedyncze łzy spływały dziewczynie po policzkach, serce nadal biło w szaleńczym rytmie, a ręce trzęsły się wraz z każdym oddechem. Nie potrafiła się uspokoić. Myśl, że Silas może być gdzieś w pobliżu  bała się jeszcze bardziej. Jak dziecko. Dziecko, które nie potrafiło uratować swej matki. Dziecko, które umiało tylko płakać.
Czuła powoli w sobie, że stacza się na dno. Dawna radość, która kiedyś w niej żyła, zniknęła, nie dawała o sobie znać. Czuła jedynie wszystko to, co może być negatywne. Upadła. Stała się upadłym aniołem, który jedynie prosił o pomoc.

Tuląc do siebie mamę, Caroline powoli ułożyła ją w łóżku i chwyciła za telefon. Chciała w końcu opowiedzieć komuś, co się stało, lecz wiedziała, że bracia Salvatore są zajęci Eleną. Eleną, która ciągle pragnie ją zabić, a ona ciągle pragnie jej pomóc. Wiedziała, że to nie ma żadnego sensu. Dawna Elena zniknęła, a na dziewczyny miejsce wstąpił jakiś potwór bez uczuć i chęci mordu. Nie chciała oszukiwać siebie, dobrze wiedziała, że jakaś jej część chce zabić Elenę. Ale ukrywała to.
Dziewczyna chciała wystukać numer do Stefana, lecz w zabrzmiał dzwonek do drzwi. Znów zaczęła dygotać, ale ruszyła do wyjścia i powoli nacisnęła klamkę. Drzwi cicho zaskrzypiały i w końcu ją zobaczyła. Elena.

-Masz czelność przychodzić do mojego domu po tym, co zrobiłaś?! – krzyknęła Caroline i popchnęła ją mocno przed siebie. Uderzyła bezwładnie o płot i upadła na ziemie nie starając się podnieść.

Elena zaczęła szlochać. Wszystko ją bolało, czuła, że po uderzeniu złamała z kilka kości. Potrzebowała krwi, by znów wstać na nogi, lecz nie miało to dla niej teraz znaczenia. Zasłużyła na to, chodź pragnęła więcej. Chciała w tym momencie umrzeć.

-Bij, Caroline, jedynie na to się nadaję. – szepnęła brązowowłosa i z jękiem przyczołgała się do schodków.  Gdzieś znów pękła kość, ale nie starała się nawet syknąć. Chciała ten cały ból trzymać w sobie.
Jasnowłosa upadła na kolana, tracąc kontrolę nad swoim ciałem. Nie docierało do niej nic. Miała pustkę. Potrafiła tylko wybełkotać:

-To Ty, Elena?

-Tak, wróciłam.

W tej chwili dla obu dziewczyn nigdy cisza nie była tak kojąca. 

***

-Wiesz, że nie musisz tego robić. – szepnęła Elena do blondynki, osuwając się z kanapy. Była wykończona, obolała, smutna. W tej jednej chwili chciałaby wszystkie te złe wspomnienia wrzucić do ognia i patrzyć jak bezlitośnie się palą. Pragnęła tego widoku. Pragnęła ciszy. Potrzebowała wybaczenia, lecz nie prosiła o to.

Caroline spojrzała na dziewczynę. Czuła złość, ale nie potrafiła nic powiedzieć. Jak naprawdę jest. Jak trudno będzie wszystko od nowa odbudowywać. Jedynie co mogła zrobić w tej chwili, to przytulić swoją przyjaciółkę i w ciszy wybaczyć. Płakała gorzkimi łzami, które spływały po rozgrzanych policzkach. Ukazała słabość, ukazała jak bardzo kruchą jest osobą. Lecz nie musiała już nic ukrywać. Mogła stać się wolna.

-Będzie wszystko dobrze. – powiedziała Caroline do ucha Eleny, ale i też w duchu do siebie samej. Cały ciężar tej trudnej sytuacji, zniknął, opadł. Mogła oddychać.

-Pojedźmy do Stefana i Damona, muszą cię postawić na nogi. – blondynka uśmiechnęła się pocieszająco. Elena skinęła tylko głową i dzięki pomocy Caroline, były już samochodzie. Jedynie co teraz pragnęły to bezpieczeństwo.

***

-Śpi, dostała wystarczająco krwi, by kości znów się zrosły. – powiedział Damon, wchodząc do salonu i chwytając na szklankę z Burbonem. Usadowił się między Caroline i Stefanem i w ciszy sączył alkohol. 

Czuł się dobrze. W porównaniu do poprzednich dni to tak, czuł się dobrze, idealnie. Chaos w jego głowie ustał. Mógł znów pić Burbon przy tym nie martwiąc się o nic. Czuł beztroskę, chodź wiedział, że niedługo będzie musiał wszystko to porzucić. Ale radość nie dawała mu spokoju. Rozchodziła się po całym ciele, trafiała w każdy nerw. Poczuł ciepło w sercu, poczuł, że znowu ma szansę. Na Elenę.

Rozmyślenia Damona  przerwał dźwięk przychodzącego powiadomienia. Bracia spojrzeli obydwoje na telefon Caroline, a ta ze zdziwieniem zerknęła na ekran.

-Ktoś nagrał mi się na pocztę głosową. Dwa dni temu. – chwyciła komórkę i poszła na taras przed dom.  Bez zastanowienia wcisnęła przycisk i przyłożyła telefon do ucha.

-Caroline, stoję w jednym z moich ulubionych miejsc na świecie, otoczony przez jedzenie, muzykę, kulturę, sztukę i jedyne o czym myślę to jak bardzo chciałbym ci to pokazać. Może kiedyś mi na to pozwolisz. 

środa, 8 maja 2013

Prolog





"Są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie."
 Klaus POV

Nie rozumiałem niczego. To tak bardzo upokarzające dla kogoś kto był dotąd panem siebie, panem wszystkich innych. Niezwyciężonym. Wielkim. Nieśmiertelnym. Nic nie było niemożliwe. Nie było żadnych granic, żadnych konsekwencji. Cel uświęcał środki, obojętnie czego dotyczył. Nie było nic ważniejszego niż upojenie władzą, słodycz dowolności własnych decyzji. I świadomość, że nie należę do nikogo. Nikt nie należy do mnie. Myśl o tym była mi niezbędna. Wyniszczała bardziej niż cokolwiek innego.
I sam nie wiem kiedy to się stało. Kiedy środek stał się celem. Kiedy przestałem bez niej oddychać.
Wszystko zniszczyła. Tak lekko i spokojnie odbudowywała moje emocje, zupełnie o tym nie wiedząc.
Wiedziałem, że przyszłość nas kiedyś złamie.
Wiedziałem, że prędzej czy później zniszczę i ją.
Tak jak zniszczyłem siebie. Tak jak zniszczyłem moją rodzinę. Tysiące żywotów.
Zadałem jej już wystarczająco dużo bólu. Nienawiść to jedyne racjonalne uczucie, którym powinna mnie darzyć.
Nie wiem co mnie motywuje. Nie wiem co mną kieruje. Nic nie wiem. Nic nie rozumiem. Coraz mniej w tym złości, zabiera mi ją. Jak wszytko co do tej pory miałem.
Pięknie wyglądałaby w światłach Nowego Orleanu nocą. Pasowałaby tu. Tu, obok mnie.